On jest największym bohaterem Pucharu Polski. Kasia nie boi się nikogo

2026-10-30 14:20

Sensacyjne zwycięstwo Siarki Tarnobrzeg nad Lechem Poznań (1:0) w Pucharze Polski wciąż budzi emocje. Arkadiusz Kasia, strzelec gola, od środy jest bohaterem całego miasta. Po wyeliminowaniu mistrzów Polski marzy mu się występ na Narodowym, a wylosowanie Stali Rzeszów przyniosło jednak... rozczarowanie. – Pokonaliśmy Zagłębie i Lecha, więc tak naprawdę nikogo się jeszcze nie obawiamy – mówi "Super Expressowi".

Arkadiusz Kasia cieszy się z gola. Na miniaturze uśmiechnięty piłkarz Siarki. O sukcesie przeczytasz na SE Supersport.
Autor: ART SERVICE / Super Express

Jak wrażenia po losowaniu?

Arkadiusz Kasia: Oglądaliśmy losowanie. Wiadomo, że człowiek liczył na Jagiellonię, Górnik Zabrze czy Raków, ale z drugiej strony mecz ze Stalą Rzeszów też będzie bardzo ciekawym wydarzeniem. To derby regionalne, więc będzie kolejna szansa na komplet na stadionie. Wydaje mi się, że tak właśnie będzie. Losowanie ocenić można jako bardzo udane.

Nie liczyliście na wylosowanie kogoś ze swojego poziomu lub zbliżonego, tylko tych najlepszych?

Oczywiście. Pokonaliśmy Zagłębie i Lecha, więc tak naprawdę nikogo się nie obawiamy. To jest po prostu nasza historia i nie chcieliśmy żadnego drugoligowca czy nawet Polonii Środa Wielkopolska. Chcieliśmy jednego z najmocniejszych rywali. Ale Stal Rzeszów też uważam za bardzo dobry wybór. To drużyna z pierwszej ligi, a do tego derby...

Aleksander Buksa strzelił dla Stali dwa cudowne gole z Arką Gdynia. Pewnie widzieliście...

To prawda. A ja osobiście znam się też z Olkiem. Graliśmy razem w młodzieżowych drużynach Wisły Kraków, więc fajnie będzie go zobaczyć.

Jak się chodzi po Tarnobrzegu w ostatnich dniach?

Cały czas z uśmiechem na twarzy. Atmosfera w zespole jest po prostu kapitalna. Każdy jest zachwycony tym, co się wydarzyło. Tarnobrzeg nadal tym żyje i wiadomo, musimy się cieszyć tą chwilą, póki jesteśmy w grze. Niesamowite rzeczy wydarzyły.

Naprawdę bardzo dużo się dzieje, aż nie mam spokoju, bo cały czas ktoś pisze z gratulacjami albo dzwoni. To dla mnie naprawdę super sprawa, mogę dziękować za te wszystkie gratulacje. Trzeba też zachować chłodną głowę. To, że strzeliłem gola Lechowi, jest dużą rzeczą, ale akurat piłka spadła mi na głowę. Mogło się to przydarzyć komuś innemu. Trzeba też pochwalić cały zespół, bo gdyby nie drużyna, to tego triumfu by nie było. W obronie graliśmy kapitalnie. Cała drużyna i organizacja gry były super, dlatego wygraliśmy.

Przyznaj się, ile razy oglądałeś tego gola przeciwko Lechowi? To pewnie najważniejsze trafienie w karierze?

To na pewno najważniejszy gol w mojej dotychczasowej karierze. Strzelić bramkę mistrzowi Polski w Pucharze Polski – naprawdę, o czymś takim można marzyć. Pewnie oglądałem tą bramkę już z trzy tysiące razy, jak nie więcej. Z uśmiechem na twarzy włączam telefon i sobie to odtwarzam. Jestem zachwycony. Wielkie rzeczy się wydarzyły.

Pewnie telefon rozgrzany od powiadomień...

Jest ich dużo. Nie jestem przyzwyczajony do czegoś takiego. Wiadomo, człowiek się cieszy, reaguje i odpowiada na wszystkie gratulacje. To coś, czego wcześniej nigdy nie miałem. Ogólnie każdemu z osobna dziękowałem, nikogo nie pomijałem. Rzeczywiście skupiałem się na tym, żeby każdemu dobrze odpowiedzieć. Ktoś może powiedzieć, że sodówka może mi odwalić, ale mam chłodną głowę. To po prostu taki moment, którym trzeba się cieszyć.

Kiedy zaczęliście wierzyć, że wygracie?

Nie ma co ukrywać: spodziewaliśmy się, że Lech będzie grał intensywniej, szybciej operował piłką od nas. Ma bardzo dużo indywidualności, zawodnicy mieli nas mijać w pojedynkach i pokazywać swoją jakość. W pierwszej połowie w sumie nie było tego widać.

Mieli jakieś sytuacje, próbowali wrzutek, coś się działo, ale w sumie nie było żadnego większego zagrożenia. W pierwszej połowie Leo Bengtsson uderzał głową i był to chyba jedyny celny strzał. Byliśmy trochę zaskoczeni.

Później konsekwentnie broniliśmy nisko. Kiedy Agnero dostał czerwoną kartkę, rzeczywiście pojawiła się w naszych głowach myśl, że gramy jednego więcej. Pojawiła się nadzieja, ale bardzo dobrze się zachowaliśmy. Nikt nie pomyślał, że teraz pójdziemy do przodu i zaczniemy atakować. Spokojnie i konsekwentnie graliśmy dokładnie to samo. Nawet mając jednego zawodnika więcej przeciwko Lechowi Poznań, uważam, że to nie robi wielkiej różnicy.

Trener mówił nam w przerwie, żebyśmy grali tak samo: chłodna głowa, nie podpalać się, cały czas niska obrona i czekanie na swoją szansę. Czy to z rzutu rożnego, stałego fragmentu, czy z kontry.

Strzeliliśmy bramkę na 1:0 i właśnie wtedy poczuliśmy, że trzeba to wygrać. Kiedy zobaczyliśmy, że jest 75. minuta, to zaczęło do nas docierać, że rzeczywiście mamy ogromną szansę dowieźć ten wynik do końca.

Czy Lechici mieli muchy w nosie, były jakieś podszczypywania, odzywki?

Nie... Radek Murawski od samego początku meczu był dla nas bardzo przyjazny. Fajnie można było z nim zamienić kilka słów. Mateusz Skrzypczak tak samo. Większość zawodników Lecha naprawdę fajnie do nas podchodziła. Nie było żadnej chamskiej rywalizacji.

Później, patrząc na niektórych zawodników, miałem wrażenie, że nie dawali z siebie stu procent. Nie wiem, tak to odczułem. Dopiero kiedy strzeliliśmy na 1:0, było widać, że wrzucili wyższy bieg i zaczęli szybciej grać piłką, bo wiedzieli, że przegrywają. Po naszej bramce na pewno podnieśli tempo.

Po takich meczach to pewnie wiara jest. I to nawet w finał?

Nie zabijajmy marzeń. My nie mówimy „nie”. Skoro pokonaliśmy Lecha, to naprawdę pojawia się w głowie myśl, że można pokonać każdego. Trzeba być konsekwentnym w tym, co się robi, dobrze bronić i mieć sposób na rywali.

Teraz mamy mecz ze Stalą Rzeszów. Dobrze go przeanalizujemy i zobaczymy. Powalczymy o ćwierćfinał, a co przyniesie przyszłość, to się okaże. Na pewno awans na Stadion Narodowy byłby ogromnym marzeniem każdego z nas. Nie ma co do tego dwóch zdań.

 

ROLKI