- Grand Prix Polski we Wrocławiu przeszło do historii, naznaczone potężną burzą i blisko trzygodzinnym opóźnieniem, które stworzyły ekstremalne warunki dla zawodników.
- Mimo początkowego chaosu i zdradliwego toru, Bartosz Zmarzlik w heroicznym stylu triumfował, zdobywając zwycięstwo i pozycję lidera cyklu Grand Prix.
- Odkryj, jaka mistrzowska taktyka zapewniła mu ten spektakularny sukces i co doprowadziło do morza łez wzruszenia na podium.
Od wodnego toru do walki na żyletki
To, co działo się w sobotni wieczór we Wrocławiu, fani speedwaya zapamiętają na długo. Kiedy wydawało się, że wszystko jest gotowe do startu, nad Stadionem Olimpijskim rozpętało się piekło. Potężna ulewa w kilka chwil zamieniła tor w jezioro, a park maszyn został zalany. Zawodnicy protestowali, ale dyrektor cyklu Phil Morris uparcie czekał. Jego determinacja się opłaciła – po blisko trzech godzinach chaosu i osuszania nawierzchni żużlowcy wreszcie stanęli pod taśmą.
Przeczytaj także: Bartosz Zmarzlik szczerze o apetycie na sukces i presji. Sam sobie to narobiłem”
Warunki były jednak zdradliwe. Początkowo wyścigi wygrywali tylko zawodnicy z czwartego, zewnętrznego pola. Tor nie wybaczał błędów, o czym boleśnie przekonali się Jack Holder i Jason Doyle. Australijczycy po groźnym upadku musieli wycofać się z zawodów, a ich miejsce zajęli juniorzy Sparty Wrocław. Sam Bartosz Zmarzlik również nie miał łatwo i musiał gonić czołówkę, by myśleć o awansie.
- Żużel nie jest łatwy. Dzisiaj wygrałem, ale swoje zrobiła też świetna praca mojego zespołu. Dopiero w finale byłem szybki. Wcześniej wygrywałem starty, ale traciłem punkty na dystansie. W pewnym momencie skończyły się pomysły - przyznał Zmarzlik.
Genialna taktyka i morze łez na podium
W decydującej fazie turnieju Polak pokazał jednak mistrzowską klasę. Rzutem na taśmę zapewnił sobie miejsce w wielkim finale, do którego awansowali też Robert Lambert, Michael Jepsen Jensen i rewelacyjny Brady Kurtz. W finałowej rozgrywce Zmarzlik postawił wszystko na jedną kartę, wybierając czwarte pole startowe. To był strzał w dziesiątkę!
Zobacz też: Tak odpicowanego Bartosza Zmarzlika jeszcze nie widzieliśmy! Zupełnie inny facet w tłumie gwiazd
Polak wystrzelił spod taśmy jak z procy i objął prowadzenie. Kurtz próbował go atakować, ale Zmarzlik jechał jak natchniony. Co więcej, Australijczyk w pogoni za Polakiem popełnił błąd i spadł na ostatnią pozycję. Po przekroczeniu mety na Stadionie Olimpijskim zapanowała euforia, a sam Zmarzlik nie potrafił ukryć emocji. Na podium polały się łzy wzruszenia.
- Grand Prix zaczęło się w 1995 roku, a więc wtedy gdy się urodziłem. Pierwszy turniej wygrał zresztą mój mentor Tomasz Gollob. To wielka sprawa triumfować właśnie w takich okolicznościach - podkreślał mistrz.