Marek Citko szczerze o "Citkomanii" i swoim dramacie. "Gdyby nie kontuzja, może siedziałbym z Beckhamem" [WIDEO]

2026-04-06 14:00

Marek Citko, legenda polskiej piłki lat 90., w szczerej rozmowie z "Super Expressem" wraca do fenomenu "Citkomanii", która ogarnęła kraj. Mówi o dramatycznej kontuzji, która przerwała jego wielką karierę, oraz o tym, jak odnalazł się po zejściu ze szczytu.

Marek Citko dla „Super Expressu”. Lewandowski, gol na Wembley i Citkomania
  • Marek Citko, legenda polskiej piłki, wspomina swoje początki w Białymstoku i pierwsze zarobione pieniądze, które zdobywał w dość nietypowy sposób.
  • Opowiada o kulisach współpracy z charyzmatycznym trenerem Franciszkiem Smudą i szczegółach słynnego gola strzelonego z połowy boiska Atletico Madryt.
  • Piłkarz szczerze mówi o kontuzji, która zniszczyła jego karierę, oraz o tym, jak wiara pomogła mu przetrwać trudne chwile.
  • Jakie są jego plany na przyszłość i czy żałuje utraconych szans na międzynarodową karierę? Przeczytaj cały wywiad!

„Super Express”: - Przenieśmy się w czasie. W latach 90. to pan był niekwestionowaną gwiazdą. Jak to się wszystko zaczęło w Białymstoku?

Marek Citko: - Innej drogi nie miałem, mam trzech braci i piłka w domu zawsze była. Jak się wychodziło na podwórko, to wszyscy grali w piłkę. Nie miałem wyjścia, musiałem grać i kochałem to. Sam sobie ćwiczyłem, odbijając piłkę od ściany pod blokiem. Dzisiaj, żeby być dobrym piłkarzem i mieć technikę, trzeba ćwiczyć 3-4 godziny dziennie. Sam trening w klubie nie wystarczy.

- W tamtych czasach trzeba było sobie radzić. Podobno jeszcze jako junior miał pan żyłkę do interesów.

- Pierwsze pieniądze zarobiłem na myciu szyb w samochodach. Ile brałem? Mówiło się „daj pan piątkę na pamiątkę”. A później, w juniorach, wyjeżdżaliśmy na wschód, na Litwę, na Łotwę. Tam się coś przemycało. Starszy brat handlował na bazarze, więc mu pomagałem. W tamtą stronę wywoziło się kurtki, dżinsowe spodnie. Był też Berlin, jeździliśmy tam z Mariuszem Piekarskim (dziś prężny menedżer piłkarski – red.), parę kartonów papierosów przemyciliśmy. Trzeba było kombinować, żeby kupić lepszą kurtkę czy buty.

Przeczytaj także: Robert Lewandowski na gorąco o Oskarze Pietuszewskim! Kubeł zimnej wody

Franciszek Smuda, czyli "człowiek orkiestra"

- Później przyszedł transfer do Widzewa Łódź, który rozkręcił pańską karierę. Tam trafił pan pod skrzydła Franciszka Smudy.

- To było miłe zaskoczenie. Telefon trenera Smudy, wielki Widzew Łódź, i natychmiast kazał mi się pakować. Spakowałem się w dwadzieścia minut, wsiadłem w pociąg i pojechałem do Łodzi. Pod ręką trenera Smudy ciężko trenowałem. On wprowadził te nowinki: podwajanie, przesuwanie, pressing. Była fajna ekipa, charyzma, odwaga, ciężka praca i wyniki.

- Smuda to postać legendarna. Jak pan go wspomina?

- To człowiek orkiestra, strasznie pazerny na wygrywanie i ciężką pracę. Ale jak była zabawa, to była zabawa. Trener miał niesamowitą ambicję i przelewał na nas pewność siebie. Nie bał się, czy graliśmy z Borussią Dortmund, czy z Atletico. Miał do mnie słabość, a ja do niego, ale nie wykorzystywałem tego. Chciałem odpłacić za zaufanie na boisku. Były też te jego słynne powiedzonka, wrzucał niemieckie słowa. Jak chciał powiedzieć rzut rożny, to mówił "rzut, rzut, rzut..." i w końcu zniecierpliwiony krzyczał "korner, k***, korner!".

"Odwaga plus umiejętności". Legendarny gol z Atletico

- Jednym z goli, który dał panu ogromną popularność, był ten strzelony z połowy boiska bramkarzowi Atletico Madryt, Molinie.

- Znowu wracamy do odwagi i umiejętności. Analizowaliśmy wcześniej grę Moliny, lubił wychodzić i przerywać prostopadłe podania. Zapamiętałem to i czekałem na moment. Dostałem piłkę od Maćka Szczęsnego, podprowadziłem ją i kątem oka patrzyłem, czy wychodzi. Czekałem, aż piłka idealnie się potoczy i uderzyłem. Młodym zawodnikom często mówię: odwaga plus umiejętności. Żeby trafić z połowy, musisz umieć podciąć piłkę, mieć siłę i dokładność.

Zobacz też: Co działo się w szatni w przerwie meczu Polska - Albania? Błąd obrońców miał wielkie konsekwencje! Ujawniamy kulisy

Kulisy "Citkomanii". Worki listów i jedzenie na wynos

- Po golu z Anglią na Wembley i świetnych meczach w Lidze Mistrzów w Polsce wybuchła "Citkomania". Kiedy pan po raz pierwszy usłyszał to słowo?

- Powiem szczerze, że w tamtym okresie w ogóle tego nie czułem. Dopiero jak przeczytałem wszystkie wycinki z gazet, które zbierała moja mama, to dotarło do mnie, że rzeczywiście byłem dobry. Nazbierało się sześć albo siedem zeszytów A4. Jak grasz, nie odczuwasz tego szaleństwa. Ale zdarzały się sytuacje, że na plaży w Karwi przez dwie godziny rozdawałem autografy, a w Wiśle po treningu czekałem godzinę, aż wszystkim zrobię zdjęcie. Chłopcy szli na obiad, a ja dopiero szedłem się kąpać.

- Były też listy miłosne?

- Były zdjęcia, listy, pocałunki na listach. Dużo tego było. Starałem się na wszystko odpisywać, aż chodziłem spać o pierwszej, drugiej w nocy i byłem niewyspany. Pani Basia z klubu powiedziała mi, żebym z tym skończył, bo zwariuję. Do klubu przychodziły ogromne worki z listami, po 30-40 kilo. Nie byłem w stanie na to odpowiadać.

- Popularność miała też ciemne strony. Próba przejścia Piotrkowską w Łodzi kończyła się oblężeniem, a raz pana nawet okradziono.

- Chciałem przejść się do restauracji, wyszedłem na Piotrkowską i ktoś mnie poznał. Zdjęcie, autograf, druga osoba, trzecia, czwarta... Zrobił się taki tłum, że zgłodniałem i bałem się iść dalej. Zawróciłem do auta i zamówiłem jedzenie na wynos. A co do kradzieży, to każdy wiedział, gdzie mieszkam. Dziennikarze informowali, gdzie jest Widzew, gdzie jest reprezentacja. Każdy wiedział, czy jestem w domu. Na szczęście dużych strat nie było, pieniądze były mądrze schowane.

Zobacz też: Ważył 72 kg i był najlepszym piłkarzem w Polsce. Niebywałe, jak teraz wygląda! Prawdziwe zdjęcia

Kontuzja, która zniszczyła wszystko

- Niestety, w szczytowym momencie kariery przyszła fatalna kontuzja Achillesa.

- To się nawarstwiało. Teraz wiem, że w Achillesie był stan zapalny. Lekarz, który mi o tym nie powiedział, dał mi blokadę tydzień przed meczem. Nieświadomy wyszedłem na boisko, bólu nie czułem, a Achilles ciągle się rozrywał. I nieszczęście. Gdybym miał przerwę miesiąc, półtora, grałbym dalej. Ale wola nieba, z nią się zawsze zgadzać trzeba.

Przeczytaj także: Czesław Michniewicz zmieniłby to natychmiast. Tak skomentował porażkę ze Szwecją

- Nie miał pan świadomości, jak poważny to uraz?

- Moja pierwsza reakcja była taka, że okej, złapałem kontuzję, odpocznę. Nie miałem świadomości, że jest tak poważna, że ważne jest, kto cię operuje i jak wygląda rehabilitacja. Z małej kontuzji zrobiły się dwa lata przerwy. Po czasie byłem w szoku, że właściciele zgodzili się na operację w Łodzi, gdzie można było pojechać do superkliniki we Włoszech czy w Niemczech.

Znasz tych sportowców, którzy poszli w politykę? Sprawdź swoją pamięć w QUIZIE! Od 7 pytania zaczynają się schody
Pytanie 1 z 10
Były piłkarz reprezentacji Grzegorz Lato w latach 2001-2007 zasiadał w Senacie. Z ramienia której partii?

- Dlaczego już nigdy nie wrócił pan do dawnej formy?

- Teraz wiem, że nie miałem możliwości. Po operacji w Łodzi miałem nogę w gipsie na pięć czy sześć tygodni. Przez to moje mięśnie skurczyły się o 50% i nie byłem w stanie ich odbudować. Straciłem to, co miałem najważniejsze: przyspieszenie na dwóch, trzech metrach, gdzie odchodziłeś od obrońcy. Tego już nigdy nie odzyskałem. Byłem zły, że nie mam tej dynamiki, pracowałem po pięć, sześć godzin, ale to były błędy przy operacji i rehabilitacji.

"Wola nieba". Jak wiara pomaga w życiu

- Po tych trudnych doświadczeniach mocno zwrócił się pan w kierunku Boga.

- Zawsze byłem wierzący, ale w pewnym momencie zrozumiałem sens wiary, jaką daje moc i nadzieję. Zacząłem nią żyć na co dzień. Taka prawdziwa wiara sprawia, że jesteś bardziej tolerancyjny, miłosierny i przestajesz oceniać ludzi. W życiu nie jest ważne, ile razy byłeś w kościele, tylko jakim jesteś człowiekiem na co dzień.

"Gdybym nie miał kontuzji, siedziałbym z Beckhamem"

- Mimo wszystko, czy nie ma pan poczucia, że kontuzja zabrała panu marzenia? Mówiło się o zainteresowaniu Liverpoolu, Arsenalu, Interu Mediolan…

- Zawsze żartuję z kolegami, że gdybym nie miał kontuzji, to bym z wami nie siedział, tylko z Beckhamem, jeździł w Ferrari. Ale mógłbym też się rozbić i być kaleką. Nie wiesz do końca, co jest szczęściem, a co nieszczęściem. Na pewno dzięki kontuzji poznałem żonę Agnieszkę, mamy troje wspaniałych dzieciaków. Ogólnie jestem optymistą i dziękuję za to, co mam.

- Przed panem kolejne wyzwanie, mecz gwiazd Galacticos Show 24 kwietnia w Chorzowie. Jak forma?

- Mam nadzieję, że rośnie. Kondycja rośnie, kilogramy spadają. To są nowe emocje, mam jakiś cel. Ranga spotkania, 55 tysięcy ludzi, transmisja w telewizji. Jak gra Ronaldinho, to musisz jakoś wyglądać, żeby chciał ci podać piłkę.

Rozmawiał Przemysław Ofiara

Super Sport SE Google News