Klopp chciał go na zmiennika Lewandowskiego, wolał życie w Hannoverze. Artur Sobiech karierę skończył przez... kurs UEFA

2026-01-22 12:02

Mógł jeszcze grać na Cyprze, mieszkając w willi z basenem blisko morza, ale wybrał szkołę UEFA i kurs z Ivanem Rakiticiem. Artur Sobiech nie bywał zbyt rozmowny, gdy był piłkarzem, ale ostatnio zmienił zdanie. – Są czasy bycia otwartym – mówi "Super Expressowi".

Artur Sobiech

i

Autor: Radzik Tomasz / Super Express

– Prezentujesz się, jakbyś ciągle grał w piłkę, ale Artur Sobiech ma iść "w dyrektory"...

– Tak, cały czas czuję się dobrze, chyba jestem w dobrej dyspozycji. I to prawda – rozpocząłem studia w ramach programu UEFA dla byłych międzynarodowych piłkarzy. Już na początku lutego wylatuję do Lizbony, gdzie przez tydzień będziemy przebywać w strukturach Sportingu i Benfiki. Cały czas się rozwijam i poznaję futbol od zupełnie innej strony.

– I wylądowałeś na jednym kursie z Ivanem Rakiticiem?

– Zgadza się. Wiele osób z tej grupy pracuje już w klubach, stricte w strukturach sportowych. Przykładem może być Ivan Rakitić, który jest dyrektorem generalnym Hajduka Split. Od roku dobrze sobie tam radzą i walczą o mistrzostwo Chorwacji. Co ciekawe, tylko w styczniu dwóch kolejnych uczestników kursu dołączyło do klubów: jeden do Strasburga, drugi do Rosenborga Trondheim. Również chcę zostać dyrektorem sportowym. Intensywnie się w tym kierunku rozwijam. Te studia obejmują administrację i zarządzanie na różnych poziomach futbolu – od prezesa, przez dyrektora sportowego. Chciałem wejść do tej roli z wiedzą i odpowiednim zapleczem, a nie iść w kierunku trenerskim czy menedżerskim.

– Taki wybór to efekt obserwacji futbolu „od środka”?

– Przede wszystkim dyrektor sportowy jest nad trenerem. Odpowiada za rekrutację trenera, zespołu, za długofalowy rozwój klubu. Uważam, że to ogromna odpowiedzialność i coś, co mnie najbardziej interesowało.

– I nie myślałeś o tym, by trochę jeszcze w piłkę pograć?

– Mój koniec kariery to była w pełni świadoma decyzja. Studia UEFA rozpoczynają się co dwa lata. Gdybym przedłużył karierę jeszcze o rok, straciłbym możliwość udziału w tym kursie. Przeszedłem cały proces rekrutacji i dostałem pozytywną odpowiedź, więc postanowiłem zamknąć ten etap. Oczywiście mogłem jeszcze grać – czy w Polsce, czy na Cyprze – ale uznałem, że to właściwy moment. Rok na Cyprze był piękny: plaża, słońce, morze na wyciągnięcie ręki, dom z basenem. Idealne zwieńczenie piłkarskiej przygody. Wcześniej miałem styczność z niemieckim futbolem – ordnung, ogromna intensywność, taka wręcz katująca zawodników praca na granicy wytrzymałości. Na Cyprze było luźniej, inaczej. Głównie słoneczko. Dobrze, że mogłem doświadczyć obu światów.

– To prawda, że gdy w Hannoverze otrzymałeś samochód, to powiedziałeś, że nie masz prawa jazdy, ale doskonale jeździsz?

– Tak, to prawda (śmiech). Wtedy byłem młody, buńczuczny. Zdarzało się jeździć bez prawa jazdy. Powiem więcej: nawet raz ukradli mi samochód, gdy jeszcze jeździłem nim po Warszawie. Na policję szedł brat. A ja jeździłem autem, mając w kieszeni dowód brata, który te kilkanaście lat temu był do mnie dużo bardziej podobny. Czasem w Polonii służyłem za szofera kolegom, no właśnie – bez prawa jazdy.

– Gdy zaczynałeś grać to jeszcze wiele wybryków mogło przejść przez echa, teraz za chwilę wszystko jest na Twitterze...

– Miałem szczęście doświadczyć futbolu sprzed ery VAR-u, GPS-ów i wszechobecnych social mediów. Szatnia była inna, relacje budowały się naturalniej. Z drugiej strony poznałem też nowoczesny futbol. Młodzież, która - nie ma co ukrywać - siedzi ciągle w telefonie. Czy to dobre, czy złe? Wiadomo, że są jasne i ciemne strony. Ale jeśli mam wybierać — wybieram starą szatnię.

– Za czym się najbardziej tęskni z tamtych lat?

– Na pewno nie za kimś konkretnym, bo relacje zostały. Niedawno spotkałem się z Grześkiem Baranem w Jarosławiu na otwarciu hali. Po kilkunastu latach. Wyszliśmy na kolację, wszystko jak dawniej. To pokazuje, jak ważne są te więzi.

– Sieć kontaktów była więc budowana już podczas kariery...

– Zdecydowanie. Wiele numerów zostało zachowanych. Ten network zaczął się tworzyć już w trakcie kariery. Wielu byłych zawodników obejmuje dziś stanowiska w klubach. Przykładem jest Christian Pander, z którym dzieliłem szatnię w Hannoverze, a dziś jest prezesem Preußen Münster, klubu z 2. Bundesligi. Cały czas ktoś „dochodzi” do struktur.

– Myślisz o pracy za granicą?

– Tak. Dlatego wybrałem kurs UEFA, żeby nie zamykać się tylko na polski rynek. To bardzo prestiżowy i wymagający program, bardziej wyselekcjonowany. Trzeba spełniać wiele kryteriów.

– A funkcja dyrektora reprezentacji Polski?

– Odmówiłbym. Mamy świetne relacje z Adrianem Mierzejewskim i uważam, że to odpowiednia osoba na to stanowisko!

– Z czasów Hannoverze można było wycisnąć więcej?

– Tak. To był najlepszy czas w historii klubu – dwa występy w Lidze Europy, jedyne w historii Hannoveru. Doszliśmy do ćwierćfinału, graliśmy świetne mecze z Atlético Madryt, który później wygrał rozgrywki. Uważam, że to były również moje najlepsze lata. Zostawiłem po sobie dobre wspomnienia i do dziś mam tam otwarte drzwi. W najbliższych miesiącach jadę tam na staż.

– Hannover dziś gra tylko w 2. Bundeslidze…

– A to klub, który z pewnością zasługuje na Bundesligę. Konkurencja w 2. Bundeslidze stała się ogromna: Schalke, Hertha, Kaiserslautern. Miejsca są tylko dwa, trzecie to baraże – bardzo trudne.

– Były w czasie twojej gry w Hannoverze zapytania z innych klubów, które prawie skusiły Cię do zmiany?

– Tak. Mocno naciskała Kolonia, przez chwilę było blisko Borussii Dortmund. Ostatecznie wzięli Juliana Schiebera jako "backup" Roberta Lewandowskiego. Była też propozycja z PAOK-u. Ale czułem się świetnie w Hannoverze i nie planowałem odejścia.

– W kadrze przez moment też byłeś zmiennikiem Lewego. Mijają lata, a Lewandowski pozostaje.

– Tak... Wielu zawodników z tamtej kadry kończy kariery lub jest u schyłku. Wchodzi młodzież. Z częścią z nich grałem – na przykład z Kubą Kamińskim w Lechu Poznań grałem przez dwa lata. Rekomendowałem go do Kolonii i dziś widzę, że w Bundeslidze, w innym systemie, przesunięty wyżej, bardzo dobrze się rozwija.

– Na koniec: wracasz na boisko w Alfa Football, czyli nowy piłkarski projekt w kraju. Czujesz presję?

– Nie. To mix doświadczenia i młodości. Mamy dziesięciu zawodników, w tym pięciu z draftu, także nie ma mowy o „zamiataniu”. Trzeba tylko pokazać dobrą dyspozycję fizyczną. To sezon zerowy, nowy projekt, dynamiczna gra, więcej bramek. Dla kibica — bardzo atrakcyjne. Najważniejsze jest jednak to, że organizatorzy cały czas chcą rozwijać Alfę. Draft ma zostać rozszerzony na całą Polskę, a nie ograniczać się wyłącznie do województwa mazowieckiego. To bardzo fajna inicjatywa, taka odskocznia. Gra będzie bardziej dynamiczna, będzie się działo zdecydowanie więcej — to mogę obiecać w stu procentach. Będzie padało więcej bramek i myślę, że dla potencjalnego widza będzie to naprawdę interesujące.