- Mateusz "Gamer" Gamrot po zwycięstwie nad Ribovicsem opowiada o bezcennej lekcji z walki z legendą UFC - Oliveirą.
- Polski zawodnik zdradza, jak przegrana walka pomogła mu stać się "nowym zawodnikiem" i co symbolizują jego "kalafiory" na uszach.
- Chcesz wiedzieć, ile kosztuje bycie na szczycie UFC i dlaczego Gamrot "cisnął to życie jak cytrynę"? Przeczytaj cały wywiad!
„Super Express”: - Gratulacje za efektowną wygraną z Estebanem Ribovicsem! Wyglądało to tak, jakbyś chciał po prostu wyjść do klatki i go zniszczyć.
Mateusz Gamrot: - Dziękuję za miłe słowa. Taki był plan. Wywodzę się z zapasów i staram się reprezentować ten styl na arenie międzynarodowej. Sprowadzam walki do parteru i tam kończę rywali. Jest trochę jak w tej metaforze Bruce’a Lee: zawodnicy nie obawiają się kogoś, kto trenuje sto różnych kopnięć, ale tego, kto jedno kopnięcie trenuje sto razy. W moim przypadku jest tak samo. Trenuję zapasy tak długo i na tak wysokim poziomie, że rywale wiedzą, co zrobię, a i tak wychodzę, przewracam ich i poddaję. Cieszę się, bo walczyłem z gościem spoza rankingu i pokazałem, jaka jest między nami różnica poziomów.
ALBO WYGRYWAMY, ALBO... WYGRYWAMY
- Pod koniec zeszłego roku przegrałeś z Charlesem Oliveirą. Z jednej strony to przykre, ale z drugiej – walka z takim rywalem to była wielka nobilitacja.
- To były zupełnie inne okoliczności. Wskoczyłem do tej walki na zastępstwo, na dwa tygodnie przed terminem. Byłem kompletnie nieprzygotowany, ale nazwiskom takim jak Oliveira się nie odmawia. To jak walka o mistrzostwo. To jeden z największych zawodników wszech czasów w tej kategorii. Mnie też poddał, ale tę przegraną odbieram jako zwycięstwo. Zmierzenie się z nim było niesamowitym zaszczytem. Zobaczyłem swój sufit i zrozumiałem, co mogę zmienić. Po tej walce nauczyłem się ważnego zdania: albo wygrywamy, albo się uczymy. A skoro się uczymy, to koniec końców też wygrywamy. Po prostu albo wygrywamy, albo wygrywamy.
Przeczytaj także: Mateusz Gamrot dusił Rafała Paczesia. Sceny! Nie zgadniesz, co zrobił stand-uper [WIDEO]
- Jesteś teraz nowym zawodnikiem?
- Wprowadziłem wiele zmian i jestem nowym zawodnikiem. Pokazałem to teraz w walce – byłem zupełnie innym, wciąż niebezpiecznym rywalem, który zmierza po pas mistrzowski.
CISNĘ TO ŻYCIE JAK CYTRYNĘ
- Co dalej? Już po walce z Ribovicsem wyzywałeś kolejnego rywala. To gra czy realna chęć walki?
- Mam 36 lat, jestem w szczycie formy, silny, młody i wciąż mam ogromne chęci. Nie chcę tracić czasu na zbędne wyczekiwanie. Chcę walczyć i zaznaczać swoją pozycję. W lipcu jest ciekawe zestawienie w mojej kategorii, więc muszę być gotowy na ewentualne zastępstwo. Tworzę z życia wspaniałą przygodę sportową i rywalizuję z najlepszymi. We wrześniu będę startował na Mistrzostwach Świata w brazylijskim jiu-jitsu, a pod koniec roku znowu chcę wrócić do klatki UFC. Zapowiada się bardzo pracowity rok, ale ja to kocham. Robię to, co lubię i co sprawia mi satysfakcję. Cisnę to życie jak cytrynę.
Zobacz też: Dotkliwa porażka Mateusza Gamrota w UFC. Legendarny Charles Oliveira zrobił z nim, co chciał
- Pochodzisz z zapasów, sportu olimpijskiego, gdzie nie ma trashtalku. Jak odnalazłeś się w świecie MMA, gdzie trzeba się czasem zwyzywać z rywalem?
- Wywodzę się ze sportu, gdzie panuje fair play i szacunek do rywala. To są cechy, które mnie prowadzą. Oczywiście, jeżeli ktoś nadużywa słów w moim kierunku, nie pozostaję mu dłużny. Ale moją siłą jest szacunek i spokój. Tego uczę też swoje dzieci i młode pokolenie: rywalizacja rywalizacją, ale trzeba mieć zasady i wartości. Jak jesteśmy dobrymi ludźmi, to dobro do nas wraca i tworzymy wokół siebie piękniejszy świat.
- Zdarzył ci się rywal, który naprawdę cię wkurzył?
- Miałem takiego w czasach KSW. Norman Parke, Irlandczyk, który świeżo po UFC przywiózł do Polski trashtalk. Mocno darliśmy koty, uprzykrzał życie moim przyjaciołom i rodzinie. Koniec końców z nim wygrałem i musiał oficjalnie przeprosić do mikrofonu przed całą Polską. Zrobił to. Myślę, że odczuł to, co powiedział. To jest gra sportowa i medialna, ale pewnych granic nie można przekraczać.
GOTOWY NA NAJGORSZE
- W UFC są ogromne pieniądze, ale ile kosztuje przygotowanie do walki na najwyższym poziomie?
- Wszystko zależy od tego, jak duże masz serce i jak bardzo chcesz się poświęcić. Im więcej w siebie zainwestujesz, tym większy będzie zwrot. Bilet do Stanów Zjednoczonych, zakwaterowanie, samochód, wyżywienie, do tego cała otoczka, opłacenie trenera... To nie są małe kwoty.
- Postronny kibic widzi wasze "kalafiory" na uszach i myśli sobie, że to niezbyt estetyczne. Dla was to symbol?
- Jest to symbol ciężkiej pracy, poświęcenia i wielu lat zaangażowania. Tak jak kiedyś gladiatorzy mieli blizny, a bokserzy połamane nosy, tak zapaśnicy mają uszy. Ja się tego nie wstydzę. Dla mnie to symbol tego, że zapracowałem na swój poziom. To efekt uboczny naszej pracy, z którego jestem dumny.
- Wychodzisz do klatki z myślą, że może stać się coś złego? Masz rodzinę, dzieci. Myślisz o tym, czy wyjdziesz z walki cały?
- Nie, nie mam takich myśli. Nad walką czuwa czterech sędziów. Tak jak najlepsi komandosi czy snajperzy muszą być gotowi na śmierć, żeby w kluczowym momencie się nie zawahać, tak samo my. Gdyby przez głowę przeszły myśli „co by było gdyby”, to przegrywasz. Masz spóźniony refleks, a przeciwnik to wykorzysta. My, zawodnicy, musimy być gotowi na najgorsze w tej klatce, żeby nie mieć ani chwili zawahania.
- A co, jako mistrz sportów walki, radzisz zwykłemu człowiekowi, gdy zostanie zaatakowany na ulicy?
- Przede wszystkim – uciekać. Na ulicy nie namawiam nikogo do walki, bo bez treningu to nie ma sensu. Najlepiej unikać takich sytuacji. A jeśli to niemożliwe, mieć pod ręką telefon, żeby wezwać pomoc. Warto też otaczać się ludźmi, którzy w razie czego będą mogli zadzwonić po pomoc za nas.
- Jako dzieciak chciałeś być strażakiem.
- Tak, ale od najmłodszych lat trenowałem zapasy i marzyłem o Igrzyskach Olimpijskich. Niestety, po szkole średniej musiałem wrócić do domu i zacząć myśleć o życiu, zarabiać pieniądze. Więc Igrzyska Olimpijskie w zapasach zamieniłem na Igrzyska Olimpijskie w MMA. Uznaję, że UFC to jest ten najwyższy poziom, Liga Mistrzów. Dalej realizuję swoje marzenia, tylko w innej dziedzinie.
- Twoje dzieci oglądają walki?
- Oglądają, ale nie na żywo. Po pierwsze, walki są w nocy. Po drugie, to duży ładunek emocjonalny, a po trzecie – nigdy nie wiadomo, co wydarzy się w klatce. Dopiero gdy wszystko jest już po walce i dobrze się skończyło, mogą obejrzeć. Nie chcę fundować im horrorów w dzieciństwie.
- Sukcesy przyciągają sponsorów. Widzimy, że wspiera cię duża polska marka, 4F. Jak ważna jest taka współpraca?
- Jest fundamentalna. Jestem niesamowicie wdzięczny sponsorom takim jak 4F, ale też moim innym, wiernym partnerom. To ludzie, którzy wierzą w moją drogę i dają mi poczucie bezpieczeństwa. Dzięki nim nie muszę martwić się o przyszłość, tylko mogę wstać i w pełni realizować swoje marzenia.
- Czego ci życzyć na przyszłość?
- Zdrowia. Zdrowie jest najważniejsze. Ja panu i wszystkim naszym słuchaczom też życzę zdrowia, bo jak je mamy, to pojawia się pomysł i chęć do realizacji dalszych dzieł.