– Nie chodziło mi to po głowie, ale gdzieś z tyłu miałem, że to moje pierwsze i zarazem ostatnie duety w Pucharze Świata. Chciałbym oczywiście zdecydowanie lepszych skoków, choć było to solidne. Myślę, że tragedii nie było – mówił w rozmowie z portalem skijumping.pl
Starty na Salpausselkce zmusiły też do pytania, jaki Kamil Stoch ma plan na końcówkę sezonu – tym samym na końcówkę kariery skoczka. – Ja już nie wyciągam wniosków, byle do końca – mówił ze śmiechem. – Starałem się realizować ten sam pomysł, z którym tu przyjechałem i który wykonywałem już od pierwszego skoku. W sobotę zdarzył się wypadek przy pracy, choć moja złośliwa podświadomość i ego podkręcające śrubę podpowiadają, że to piątek był takim wypadkiem i trafiło się jak ślepej kurze ziarno. W niedzielę oddałem cztery bardzo podobne skoki. Nie mówię, że byłbym w najlepszej „10”, ale z takimi próbami bez problemu zdobyłbym punkty – wyznał przed kamerą Skijumping.pl.
Jak wyliczono: na miejsce w czołowej dziesiątce Pucharu Świata Stoch czekał aż 1070 dni, czyli niemal trzy lata.
– Myślę, że to był słodko-gorzki weekend. Ta czołowa „10” jest świetna, bo dążyłem do niej przez ostatnie lata. Im bardziej tego chciałem i im byłem bliżej, tym bardziej się to oddalało. Tutaj przyjechałem bez konkretnych oczekiwań, ani co do wyników, ani samych skoków. Miałem pewną wizję próby i wychodziło to raz lepiej, raz gorzej. Dało to solidne skoki w piątek, dobry sobotni skok w kwalifikacjach i niedzielne próby. Nie wiem jeszcze, na ile jest to stabilne i czy będę w stanie powtórzyć to w Oslo. Tam też jest specyficzna skocznia – ocenił na chłodno Stoch, którego nie zabraknie podczas zbliżających się konkursów na legendarnej Holmenkollbakken w Oslo.