- Liderzy światowych rankingów, Aryna Sabalenka i Jannik Sinner, wywołali szok na Wimbledonie, demonstracyjnie skracając spotkania z mediami.
- Ich działanie to cichy protest przeciwko zbyt niskim udziałom finansowym tenisistów z puli przychodów generowanych przez turnieje Wielkiego Szlema.
- Gwiazdy domagają się zwiększenia procentu zysków, by wspierać mniej zarabiających graczy, a Sabalenka zagroziła nawet bojkotem całego turnieju.
- Czy ten bezprecedensowy bunt eskaluje, wpływając na przebieg Wimbledonu i przyszłość tenisa na najwyższym poziomie?
15 minut i do widzenia. To symboliczny policzek
Tradycyjny dzień medialny przed startem Wimbledonu zamienił się w farsę. Najpierw Aryna Sabalenka po zaledwie ośmiu minutach poprosiła o ostatnie pytanie i przepraszając, zakończyła konferencję. Chwilę później jej śladem podążył Jannik Sinner. To nie przypadek, a starannie zaplanowana akcja protestacyjna, która swój początek miała już na French Open. Czołowi tenisiści świata ograniczają swoje występy medialne do symbolicznych 15 minut. Dlaczego?
To nawiązanie do 15 procent udziału w przychodach, jakie oferują im organizatorzy turniejów wielkoszlemowych. Gwiazdy uważają, że to skandalicznie mało.
- Staramy się walczyć o coś większego, nie dla siebie, ale dla innych tenisistów. Zasadniczo staramy się po prostu pomóc różnym tenisistom przetrwać. Ci z niższych pozycji mają z tym problem, np. nie stać ich na zatrudnienie trenera – tłumaczyła swoje zachowanie zdeterminowana Sabalenka.
Przeczytaj także: To może być dramat Igi Świątek. Na jej drodze staje koszmar
Białorusinka już wcześniej groziła nawet bojkotem całego turnieju, jeśli ich żądania nie zostaną wysłuchane. To ultimatum, które wisi w powietrzu.
Organizatorzy "zaskoczeni". Bronią się rekordową pulą
Reakcja władz Wimbledonu była natychmiastowa. W oficjalnym oświadczeniu wyrazili "zaskoczenie i rozczarowanie" postawą zawodników. Bronią się argumentem, że w tym roku ogłosili rekordowy wzrost łącznej puli nagród do kwoty 64,2 mln funtów. Tenisiści i ich przedstawiciele domagali się jednak aż 70 mln funtów, a ich celem jest, by w najbliższych latach organizatorzy przeznaczali na wypłaty co najmniej 22 procent swoich przychodów.
Szefowa Wimbledonu, Debbie Jevans, odpiera te ataki. Wskazuje, że jej organizacja jest instytucją non-profit, która 90 procent zysków inwestuje w rozwój brytyjskiego tenisa, w przeciwieństwie do komercyjnych turniejów ATP i WTA.
- Używanie przychodów do ustalania wysokości nagród nie ma sensu. Przychody nie uwzględniają inwestycji, które robimy - tłumaczyła Jevans.
Zobacz też: Wimbledon: Kiedy grają Polacy? Iga Świątek, Maja Chwalińska i reszta. Jest plan gier!
Konflikt narasta, a atmosfera w Londynie jest niezwykle gęsta. Turniej rusza w poniedziałek, ale największe gwiazdy zamiast na grze, skupiają się na walce o miliony. Dziennikarze stali się jedynie narzędziem w tej brutalnej rozgrywce.