- Marek Citko, legenda polskiej piłki lat 90., wspomina czasy swojej niesamowitej popularności.
- Piłkarz otrzymywał worki listów od fanów i musiał uciekać przed tłumami, a jego mieszkanie zostało okradzione.
- Zwycięstwo w plebiscycie na Sportowca Roku było dla niego szokiem. Dowiedz się, co jeszcze go zaskoczyło!
"Zwariujesz, skończ z tym!"
Skala popularności, jaka spadła na Marka Citkę w drugiej połowie lat 90., była absolutnie bezprecedensowa. Sam piłkarz, pochłonięty grą i treningami, nie do końca zdawał sobie z tego sprawę. Prawdziwy obraz sytuacji dotarł do niego znacznie później, gdy przeglądał archiwa.
- Dopiero jak przeczytałem wszystkie wycinki swoje z gazet, to chyba nazbierało się sześć albo siedem tych zeszytów A4. Jak zacząłem czytać o sobie, to mówię, że rzeczywiście byłem dobry - przyznaje Citko.
Przeczytaj także: Jan Urban o kluczowym błędzie i wymuszonej zmianie. Szczerze przed kamerą
Jednym z najbardziej namacalnych dowodów "Citkomanii" były listy od fanów. Piłkarz początkowo próbował sprostać wyzwaniu i odpisywać każdemu.
- Starałem się na wszystko odpisywać. I tak naprawdę co drugi, trzeci dzień sto listów, chodziłem o pierwszej, drugiej spać i byłem niewyspany - wspomina. Skala zjawiska była tak duża, że w końcu interweniowali pracownicy klubu. - Aż mi pani Basia z klubu powiedziała, że skończ z tym, nie otwieraj tych listów, bo zwariujesz. Do klubu przychodziły po prostu takie ogromne worki po 30-40 kilo - opowiada.
Sława skutecznie utrudniała mu normalne życie. Próba spaceru słynną ulicą Piotrkowską w Łodzi zakończyła się oblężeniem.
- Zrobiła się taka ilość osób, że po prostu czekałem chyba z dwadzieścia minut, zgłodniałem i się bałem iść dalej. Zawróciłem do auta i zamówiłem jedzenie na wynos - kwituje. Jego popularność wykorzystywali nawet koledzy z drużyny. - Mówili: idź pierwszy, bo ty ich wszystkich zgarniesz, a my sobie pójdziemy spokojnie do autokaru.
Włamanie i nagroda, w którą nie wierzył
"Citkomania" miała też swoje ciemne strony. Ogromne zainteresowanie sprawiło, że prywatność piłkarza praktycznie nie istniała.
- Każdy wiedział, gdzie mieszkam. Też dziennikarze informowali, czy Widzew jest tutaj, czy jest tam, no to każdy wiedział, czy jestem w domu, czy nie - tłumaczy. Ta wiedza doprowadziła do włamania do jego mieszkania, gdy był na zgrupowaniu kadry. Na szczęście, jak dodaje, "pieniądze były tak mądrze schowane, że nie znaleźli".
Zobacz też: Ważył 72 kg i był najlepszym piłkarzem w Polsce. Niebywałe, jak teraz wygląda! Prawdziwe zdjęcia
Największym szokiem dla samego zawodnika było jednak zwycięstwo w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" na najlepszego sportowca 1996 roku. W roku olimpijskim, gdy Polacy zdobywali medale, Citko był pewien, że nie ma szans na czołowe lokaty.
- Byłem tak zmęczony i tak się zastanawiałem, po co ja tam jadę. Stracony dzień, będę miał 7-8 miejsce - wspomina swoje myśli przed galą. Gdy wyczytano jego nazwisko jako zwycięzcy, był w kompletnym szoku. - Nagle słyszę, Marek Citko, wszyscy mi gratulują, a ja nie wiem, co powiedzieć. Dla mnie to był szok w roku olimpijskim. Wtedy zrozumiałem siłę piłki nożnej - podsumowuje.