Koszykarze New York Knicks zdobyli mistrzostwo NBA po 53 latach przerwy. W lutym po rozwiązaniu kontraktu z San Antonio Spurs do tej mistrzowskiej drużyny dołączył Jeremy Sochan. Oba zespoły reprezentanta Polski spotkały się w wielkim finale, ale to ten obecny okazał się lepszy, wygrywając w serii 4-1. I choć polski skrzydłowy nie był kluczową postacią - rozegrał zaledwie 3 minuty i 19 sekund z 240 możliwych - ewidentnie szybko odnalazł się w nowej szatni. Sochan był jednym z bohaterów świętowania Knicks, a kilkadziesiąt godzin później doczekał się hitowej wzmianki podczas "pijanej transmisji" Mikala Bridgesa.
Wszyscy mówią o tym, co wyprawiał Jeremy Sochan po zdobyciu mistrzostwa! Świętował na całego
Pijany kolega Sochana zaczął mówić o nim na transmisji. "Lepiej zabrać mu telefon"
29-letni skrzydłowy Knicks rozegrał w tym sezonie 99 meczów, spędzając na parkiecie średnio 32,5 min. Zdobywał średnio 14,2 pkt na mecz, a po historycznym sukcesie nie zamierzał oszczędzać się w świętowaniu. W poniedziałek, 15 czerwca, w stanie wskazującym przeprowadził transmisję na żywo w mediach społecznościowych, która przejdzie do historii NBA. Jednym z jej "bohaterów" był też Jeremy Sochan.
- O mój Boże, Jeremy Sochan. Sochan, Sochen, nieważne. Ja nazywam go Sochen (Sołczen - red.), Sochan albo Jeremy. On jest srogi! Kompletnie srogi. Nie grał całe play-offy, cały finał i wpuszczasz go na ostatnich 10 sekund, żeby krył Wembanyamę. Victora Wembanyamę, pier... "Francuskiego Księcia" (największa gwiazda San Antonio Spurs - red.)! Srogo... Wszyscy moi bracia są srodzy - zachwycał się pijany Bridges.
Legendarny trener nie żyje. Prezydent w żałobie. "Jest symbolem siły naszego narodu"
Podczas głośnej transmisji poruszył też wiele innych wątków, także tych zakulisowych, a jego postawa była komentowana w całych Stanach Zjednoczonych i nie tylko.
"Niech ktoś zabierze telefon Mikalowi" - pisał na portalu X w trakcie "show" Jalen Brunson, najlepszy zawodnik Knicks, który raczej stroni od internetowej aktywności. Wspomniany fragment transmisji Bridgesa i komentarz jego kolegi znajdziesz poniżej, na końcu artykułu.