- Reprezentacja Bośni i Hercegowiny awansowała do fazy pucharowej Mistrzostw Świata, osiągając historyczny sukces w swoim drugim udziale.
- Samed Baždar, były piłkarz Jagiellonii, zdradza kulisy tego wyczynu i opowiada o nadziejach przed starciem ze Stanami Zjednoczonymi.
- Odkryj, jak "Smoki" zamierzają walczyć o ćwierćfinał, mimo wyzwań logistycznych i czy zaskoczą faworytów.
„Super Express”: - Kiedy zaczynaliście mundial wielu zastanawiało się, na co będzie stać reprezentację Bośni. Tymczasem zagracie o awans do 1/8 finału. Jak tego dokonaliście?
Samed Bażdar: - Przed turniejem jako cel stawialiśmy sobie wyjście z grupy. Wiedzieliśmy, że kluczowymi będą mecze z Kanadą (1:1) i Katarem (3:1). Bardzo szkoda meczu ze Szwajcarią (1:4), ponieważ długo utrzymywał się w nim bezbramkowy remis. Gdyby nie czerwona kartka, to być może wynik końcowy byłby inny. Ostatecznie jednak wywalczyliśmy awans i to jest dla nas najważniejsze.
- Zagrał pan w pierwszym spotkaniu z Kanadą. Jak wrażenia z tego występu?
- Kiedy całe życie marzysz o tym, aby zagrać na mundialu w końcu to marzenie udaje się zrealizować, to nie może być innej reakcji niż wielka radość. Z drugiej strony wchodząc na boiska była satysfakcja, ale również przeświadczenie, że mam swoje zadania do zrealizowania. Mieliśmy korzystny wynik z Kanadą i najważniejsze było jego utrzymanie. Jak się potem okazało ten remis pozwolił nam wywalczyć wyjście z grupy.
Tak Chicago Fire przedstawiło Lewandowskiego. Nagle odezwał się Bayern Monachium
- Czy koledzy z Jagiellonii gratulowali występu na mistrzostwach świata?
- Tak, dostałem sporo wiadomości od trenerów oraz ludzi z klubu. To bardzo miłe, że oni oraz przyjaciele z Realu Saragossa śledzą moje losy tutaj na mistrzostwach świata.
- Czy przeszkadza wam zmiana czasu?
- Przyjechaliśmy tutaj na tyle wcześnie przed mundialem, że mogliśmy się swobodnie zaadoptować do warunków. Nie było zatem z tym większego problemu.
Polała się krew na mundialu! Mocne obrazki podczas meczu Holandii z Marokiem
- Czy któryś zespół was zaskoczył?
- Wiedzieliśmy, że Kanada gra u siebie, zechce wygrać i pierwszy raz w historii wyjść z grupy. Szwajcarię znamy bardzo dobrze, w końcu to nasz rywal z Europy. Największym znakiem zapytania był Katar, ale i on udowodnił, że potrafi skutecznie bronić. Musieliśmy sporo się napocić, aby wygrać to spotkanie.
- Co jest dla was największym wyzwaniem na tym turnieju?
- Pokonywane odległości. Przecież między Toronto, w którym rozgrywaliśmy pierwszy mecz, a Inglewood, gdzie mierzyliśmy się ze Szwajcarią jest ponad 4 tysiące kilometrów. Na przestrzeni kilku dni przemieszczamy się o kilka tysięcy kilometrów, co także ma swoje przełożenie na przygotowanie do meczu. Mimo wszystko mam nadzieję, że w kolejnym spotkaniu pokażemy nasze możliwości.
- Teraz zmierzycie się z USA. Jakie są wasze oczekiwania?
- Zdajemy sobie sprawę, że poprzeczka idzie wyżej, ale z drugiej strony po naszym awansie z grupy nikt nie ma wobec nas żadnych oczekiwań. Jeżeli odpadlibyśmy z Jankesami, to nikt nam głowy nie urwie. W przypadku awansu do 1/8 finału będziemy bohaterami całej Bośni. A przed meczem jeszcze nikt nigdy żadnego spotkania nie wygrał. Zamierzamy walczyć o swoje.
Cuda w nocy na mundialu. Niemcy w ciężkim szoku, za nami wielki hit MŚ