Tajemnice Tour de France. Messi kolarstwa, piękne miss i karawana z gadżetami. Zobaczyłem to z bliska

Wielki, rażący żółtym kolorem termometr w pobliżu linii mety pokazuje niewiarygodne 42 stopnie Celsjusza. Walka o złapanie choć odrobiny tlenu. Asfalt topi się pod podeszwami i kołami rowerów. Ale najważniejszej imprezy kolarskiej na świecie to nie powstrzymuje. Bo karawana Tour de France musi jechać. Poczułem z bliska (a nawet bardzo bliska) „Wielką Pętlę”. A teraz opowiem wam, jakie kryją się w niej tajemnice.

  • Odkryj zaskakujące sekrety Tour de France, gdzie upał leje się z nieba, a "Wielka Pętla" to znacznie więcej niż tylko morderczy wyścig.
  • Zanurz się w festiwalu smaków, darmowych gadżetów i blasku "Messiego kolarstwa" Tadeja Pogacara, otoczonego złotymi rowerami wartymi fortunę.
  • Dowiedz się, co naprawdę napędza tę legendarną imprezę i dlaczego dla kibiców karawana sponsorów bywa ważniejsza niż sam peleton.

O upale podczas tegorocznego Tour de France mówił każdy. Zresztą Pierre Latour, który w przeszłości wygrywał klasyfikację młodzieżową Touru, mówił polskim dziennikarzom, że kiedyś etapów z tak przeraźliwą spiekotą było 1-2, a w tym roku ekstremalnie gorąco jest przez cały czas. O odwoływaniu etapów mowy nie ma, ale to nie jest tak, że organizatorzy nic z tym nie robią. Etap 9. z Malemort do Ussel został skrócony o 30 kilometrów, aby zmniejszyć mordęgę kolarzy.

Tour de France to nie tylko kolarze. Grill, gadżety i orangina

Choć w telewizji przed kilka godzin widać tylko jadących kolarzy i piękne francuskie widoki, to Tour de France nie kręci się tylko wokół rowerów. Wyścig to jedynie wisienka na torcie, ważna, ale po tym, co zobaczyłem, śmiem twierdzić, że nie najważniejsza. Dla okolicznych mieszkańców start, trasa i meta są okazją na całodzienny piknik. W wioskach startowych i przy mecie, można dosłownie się zatopić.

Przeczytaj także: Nagranie z bardzo groźnego wypadku Michała Kwiatkowskiego. Jest też zdjęcie ze szpitala

Przede wszystkim kibic nie będzie tam głodny. Mięsko, kanapeczki, frytki, ciastka – wszystko czego dusza zapragnie. Słodkie przekąski, które tak samo mocno przyciągają uczestników imprezy, jak i natarczywe osy. Gdzieś dalej grzeje się elektryczna płyta grillowa, na której uprzejma pani przygotowuje steka. Kroi go później na mniejsze kawałki i wystawia do degustacji. Spróbowałem. Smakowało.

W takim upale nie da się bez picia. Hitem jest orangina, która jest również jednym ze sponsorów Touru. To lekko gazowany napój wytwarzany z wody gazowanej, 12% soku cytrusowego oraz 2% miąższu pomarańczowego. Niby zwykły napój, jakich wiele w marketach, ale podczas „Wielkiej Pętli” smakuje wyśmienicie. Również dlatego, że w każdym stoisku jest pojemnik z lodem, w którym chłodzą się owe puszki z napojami. Dla chętnych do skosztowania jest również… szampan. I to prawdziwy, a nie jakaś tania podróbka. Ale to dla odważnych, bo bąbelki z alkoholem w samo południe przy akompaniamencie palącego słońca, mogą być niezwykle zdradzieckie.

Wioski startowe i na mecie to również raj dla fanów gadżetów. Sponsorzy prześcigają się w sposobach zainteresowania swoimi produktami. Największym hitem są kaszkiety, na których obok motywów kolarskich, zawsze znajdzie się większe lub mniejsze logo sponsora. Ale zdobyć można również czapeczkę grupy kolarskiej, płaszcz przeciwdeszczowy (to na później, bo na razie na Tourze na deszcz nie ma co liczyć), baloniki, długopisy czy personalizowane torby. Ale dlaczego rozdają to zupełnie za darmo? Powód jest prosty i niezwykle… biznesowy. Zakładając kaszkiet, czapkę czy nosząc torbę, kibic od razu staje się słupem reklamowym. Dla sponsorów to zatem dobra reklama, za relatywnie niewielki koszt.

Na stoiskach można wziąć udział również w przeróżnych quizach. Jest łatwo. Kręcisz kołem, losujesz kategorię. Pytanie po francusku (to największa przeszkoda), coś o historii Tour de France. Strzelam odpowiedź B. – Wygrałeś! – odpowiada uroczo uśmiechnięta Francuzka i wręcza upominek. Przede mną i po mnie wygrywają wszyscy. Albo zatem każdy ma wiedzę i szczęście, albo po prostu miła Francuzka ma nie tylko uroczy uśmiech, ale też dobre serce.

POJECHAŁEM TRASĄ TOUR DE FRANCE! ZDRADZAM JEGO TAJEMNICE

Złoty rower ozdobą padoku, kolejki do Pogacara

Z zieloną opaską z napisem „Paddock” mogę podejść najbliżej kolarzy, jak się da. Najpierw trzeba jednak przecisnąć się przez tłum kibiców, którzy choć na chwilę chcą zobaczyć swoich idoli. W długim na dwie ulice rzędzie ustawiają się ekipy startujące w Tourze. Tu BORA-hansgrohe, dalej Astana, potem Team Emirates. Przy tym trzecim najwięcej kibiców i największy ścisk. Każdy czeka, żeby zobaczyć chodzącą legendę peletonu, czyli Tadeja Pogacara. Trudno jednak, żeby było inaczej. Słoweniec to Messi kolarstwa. Czterokrotny zwycięzca Tour de France (a za chwilę pięciokrotny, jeśli nie wydarzy się jakaś katastrofa).

Padok to rowerowy raj. Dla każdego kolarza przygotowano po dwa, a i trzeci się znajdzie, jak tamte się zepsują (co raczej się nie zdarzy). Limit wagowy dla sprzętu to 6,8 kg i serwisanci robią wszystko, żeby do niego zejść. Dochodzi do tego, że niektórzy zdzierają czasem lakier z ramy, żeby uszczknąć te kilka gramów. Same rowery robią ogromne wrażenie. Choć leciutkie jak piórko, na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie masywnych.

Zobacz też: Rafał Majka ujawnia mroczne kulisy walki z dopingiem w kolarstwie. "Nawet krem do tyłka musimy konsultować z lekarzem"

Każda grupa ma rowery we własnych barwach. Są czarne, różowe czy pstrokate. Różni się tylko jeden – pojazd mistrza olimpijskiego jest złoty. Na tak prestiżowym rowerze pedałuje Remco Evenepoel. Belg zdobył złoty medal olimpijski w Paryżu zarówno w wyścigu ze startu wspólnego, jak i w jeździe indywidualnej na czas. Jest też mistrzem świata w jeździe indywidualnej na czas nieprzerwanie od trzech lat. Rowery różnią się detalami, ale każdy z nich kosztuje od 50 do nawet 70 tysięcy złotych. Widząc dziesiątki takich maszyn, działa to na wyobraźnię.

Spacerując po padoku, trzeba mieć oczy dookoła głowy. Kolarze gdzieś muszą się rozgrzewać, więc jeżdżą na rowerach gdziekolwiek. Serwisanci pracują jak w (nomen omen) ukropie, by przygotować każdy detal na ostatni guzik. Niektórzy długo siedzą w wygodnych busach, gdzie chłodzi klimatyzacja, ale z warunkami pogodowymi na zewnątrz też muszą się zapoznać. Szczególnie, że na rowerze klimy już nie ma.

Kilkanaście minut później każda z drużyn jest przedstawiana, a następnie zaczyna się etap. Kolarze jadą z Perigueux do Bergerac. Dla organizatorów to nie koniec pracy. Następuje błyskawiczny demontaż wioski startowej, która jest przewożona do kolejnego miasta startowego.

Misski rozgrzewają na starcie, bitwa o fanty na trasie

Podczas kolejnego etapu, z Malemort do Ussel, jest jeszcze goręcej. W Perigueux wioska startowa została zorganizowana w zacienionym parku, natomiast w Malemort jest totalna patelnia. Mgiełki wodne niewiele dają, dlatego wszyscy uciekają do zacienionych stoisk sponsorskich. Tam czeka (a jakże!) orangina a także trochę chłodu. Za odrobiną cienia rozglądają się „misski”, których pojawienie się wzbudza spore zainteresowanie. Zia Saadna, Miss Correze 2026 oraz Aloïce Sejotte, miss regionu Limousin 2025 i finalistka miss Francji 2026 robią furorę. Zdjęcia, rozmowy i ogólne ożywienie wśród uczestników trwa chwilę.

Największa atrakcja dopiero jednak na nas czeka. Ze stoiska InPostu jedziemy w trasę etapu do Ussel, jednym z kierowców jest wspomniany wcześniej Pierre Latour. Jeszcze kilka lat temu był bardzo obiecującym kolarzem, dziś pozostał przy Tourze ale już w innej roli. Trasa jest wymagająca, pełna stromych podjazdów górskich. Uzmysławiam sobie, jak ciężkie zadanie czeka na kilkadziesiąt minut kolarzy, którzy będą pokonywać tę samą trasę.

Zobacz też: „Przepaść!” Rafał Majka bije na alarm po zakończeniu kariery

My jedziemy w tzw. karawanie sponsorskiej. Każdy z partnerów Tour de France korzysta z momentu, żeby zareklamować swój produkt. Hostessy z fikuśnych samochodów rzucają w kierunku kibiców czapeczki i inne pamiątki. Kibice na nie czekają i po zdobyciu traktują jak relikwie. Można odnieść wrażenie, że dla niektórych fanów ważniejsze jest to, niż zobaczenie kolarzy.

Po dojechaniu w okolice mety trzeba poczekać na kolarzy w upale. Ale warto. Przejazd peletonu tuż przy mnie robi ogromne wrażenie. Świst, który rodzi się na styku płonącego asfaltu i toczących się z ogromną prędkością dziesiątek opon, przypomina dźwięk pędzącego po autostradzie samochodu. Chwila, mrugnięcie okiem, a kolarzy już nie widać. Z ogromną prędkością znikają, pędząc na ostatnich kilometrach do mety.

Jedno jest pewne: Tour de France to i tradycja, i wielki sport. Choć głównymi aktorami „Wielkiej Pętli” są kolarze, to bez kiełbasek, gadżetów i łyka oranginy straciłaby duszę i serce. I za rok będzie dokładnie tak samo.

Korespondencja z Francji, Przemysław Ofiara

Czy rozpoznasz kierowców F1 po zdjęciu? Quiz dla miłośników wyścigów
Pytanie 1 z 16
Na zdjęciu widzimy...