- Rafał Majka, wybitny polski kolarz, kończy karierę, ale nie żegna się z rowerem, dzieląc się przemyśleniami na temat swojej decyzji.
- Opowiada o kulisach pracy u boku Tadeja Pogačara, nazywając go "killerem" i "maszyną".
- Kolarz otwarcie mówi o walce z dopingiem i przyszłości polskiego kolarstwa, które, jak twierdzi, czeka "przepaść".
- Odkryj, dlaczego Majka uważa, że kolarstwo jest "w 95% czyste" i jakie ma plany na przyszłość, by wspierać młode talenty.
"Chciałem zakończyć jako mistrz Polski"
"Super Express": - Decyzja o zakończeniu kariery była nagła, czy dojrzewała w tobie od dłuższego czasu?
Rafał Majka: - Ta decyzja nie zapadła w ciągu miesiąca, była uzgadniana przez ostatnie dwa lata. I tak przeciągnąłem to o jeden sezon, bo 2024 rok miał być moim ostatnim. Zrobiłem to, bo nogi jeszcze dobrze się kręciły i byłem w stanie utrzymać wysoki poziom. Mógłbym pewnie ścigać się jeszcze dwa lata, ale chciałem zakończyć jako mistrz Polski. Cieszyć się dalej kolarstwem, a nie rzucić rowerem tak, że już nie będzie mnie do niego ciągnęło. A mnie dalej kusi.
- Wakacje z rowerem czy bez?
- Akurat 20 marca wylatuję na Majorkę. Z rowerem. Cały czas jestem z rowerem, choć oczywiście jest też dużo czasu dla rodziny. Wakacje we wrześniu czy październiku są już tylko z rodziną, bez roweru. Ale bez tego nie da się żyć. Jeśli robiło się coś przez 25 lat, to nie da się tego tak po prostu rzucić.
- UAE Team Emirates, czyli twój zespół, naciskał, żebyś został na dłużej?
- Tak, mogłem przedłużyć kontrakt o kolejne dwa lata, ale tego nie zrobiłem. Nie chodziło o sprawy finansowe. Po prostu nadszedł moment, żeby skończyć na szczycie. Ostatnim wyścigiem była Lombardia, zrobiłem co miałem zrobić dla Tadeja i chciałem, żeby ludzie zapamiętali mnie jako kolarza, który jeździł z przodu, wygrywał albo był typowym pomocnikiem.
Przeczytaj także: Brandon McNulty triumfatorem 82. Tour de Pologne! Wielkie pożegnanie Rafała Majki
Tadej Pogačar? "To jest chłopak-maszyna, to jest killer"
- Dla laika rola "pomocnika" bywa niezrozumiała. Miałeś siłę, a musiałeś pracować na kolegę. Była złość?
- Nie. Pierwsze dwa lata były ciężkie, żeby przestawić się z roli lidera na pomocnika. Ale później było to już gwarantowane – pracujesz na najlepszego zawodnika na świecie. A on wygrywa wszystkie wyścigi. Gdzie nie stanie, tam wygrywa. To jest chłopak-maszyna, to jest killer. Pracować dla takiego kolarza to wielki szacunek. Dalej mam z Tadejem bardzo dobry kontakt. Lepiej zakończyć na topie, z najlepszym zawodnikiem na świecie, niż w kłótni. Może miałem dwa, trzy momenty w karierze, kiedy mogłem powalczyć sam, ale były wskazania z drużyny, że muszę pracować.
- Od razu wiedziałeś, że Pogačar to przyszły dominator?
- Po pierwszym zgrupowaniu wiedziałem, że to będzie najlepszy kolarz na świecie. To było widać. Przychodziłem do UAE Emirates po 10 latach kariery, miałem już trochę wiedzy i od razu zobaczyłem, że to wielki talent. To jest człowiek, który przez następne 5 lat potrafi wygrać wszystko. I faktycznie tak będzie.
Zobacz też: Ci sportowcy mogą bronić Polski w razie wojny. Niektóre nazwiska są zaskakujące
- Na czym polega jego fenomen?
- Taki ma organizm. Myślę, że tacy ludzie rodzą się raz na parę milionów. To, co on robi, jak trenuje, jak przykłada do tego 110%... To jest człowiek-maszyna. To jest monster. Jego regeneracja jest jedną z najszybszych na świecie i dlatego wygrywa tyle wyścigów. Jak zostanie na tym poziomie, na który już wszedł, to przez 5 lat nikt go nie pokona.
"Nawet jak skończyłem karierę, jestem kontrolowany"
- Wizerunkowi kolarstwa mocno zaszkodził Lance Armstrong. Czy dziś, gdy pojawia się taki dominator jak Pogačar, od razu pojawiają się też podejrzenia o doping?
- Ludzie zawsze będą mówić. Ale przyjrzyjmy się kolarstwu – jest w nim coraz mniej przypadków dopingu. A to dlatego, że system kontroli antydopingowej jest wszędzie. Powiem szczerze, że nawet jak skończyłem karierę, jestem kontrolowany do 31 czerwca. Każdy kolarz, który mógłby wrócić do zawodowstwa, jest w systemie. Muszę wpisywać, gdzie śpię, o której wracam do domu. Jeśli dwa razy nie pojawisz się na kontroli, a za trzecim razem cię nie będzie, grozi ci dwuletnia dyskwalifikacja.
- Ile takich kontroli jest w sezonie?
- Jest ich mnóstwo. Potrafiłem przejść 70, 80, a nawet do 100 kontroli w sezonie. I to jest bardzo dobrze, bo dzięki temu sport staje się czysty.
- Czy w trakcie długiej kariery ktoś kiedykolwiek zaproponował ci pójście na skróty?
- Trafiłem zawsze na dobrych ludzi, którzy chcieli, żebym miał jak najdłuższą karierę. A ja przede wszystkim dbałem o swoje zdrowie i nigdy nie miałem z tym styczności. Dlatego moja kariera była długa i stabilna.
- W kolarstwie wciąż pokutuje łatka sportu skażonego dopingiem. To boli?
- Zawsze tak będzie. 17 września będzie premiera mojej książki i powiem w niej jasno: sport nigdy w 100% nie będzie czysty, ale kolarstwo w 95% naprawdę jest czyste. Za czasów Armstronga było inaczej, nie ukrywajmy. Ale teraz wpadek dopingowych w kolarstwie jest naprawdę mało w porównaniu np. z tenisem.
- Nie obawiałeś się przypadkowej wpadki, np. przez zanieczyszczone suplementy?
- Oczywiście. Nawet jak miałem grypę, wszystko było konsultowane z lekarzami z drużyny. Każdą witaminę, którą brałem, wysyłałem im recepty. Nawet aspirynę. Dużo siedzimy na siodełku i czasami mamy, powiem szczerze, problemy z tyłkiem. Każdy krem był konsultowany z lekarzami, żeby nie było żadnego problemu.
"Po takich wynikach jest pustka. Dalej tego nie rozumiem"
- Po zakończeniu kariery planujesz zostać dyrektorem sportowym?
- Nie, nie chciałbym. To też jest dużo wyjazdów, a ja dojrzałem do tego, żeby mieć komfort, który sobie wypracowałem. Chciałbym za to pracować z młodzieżą, wyszukiwać młode talenty, robić im badania wydolnościowe. Chciałbym ruszyć jakiś projekt.
- Czyli własna szkółka kolarska?
- Tego na razie nie mogę powiedzieć. Chciałbym, żeby młodzi chłopcy, którzy kończą wiek juniora, mieli zaplecze w wieku od 18 do 22 lat. Żeby mieli progres i nie musieli od razu wyjeżdżać za granicę. Na 38 milionów ludzi mamy mało sportowców, którzy się wybijają.
Zobacz też: Katarzyna Niewiadoma tuż za podium Tour de France! Awans w klasyfikacji generalnej
- Czyli po twoim i Michała Kwiatkowskiego odejściu z kolarstwa czeka nas pustka?
- Tak. Za naszych czasów była nas piątka, szóstka, która coś pokazywała. Ale my się starzejemy i to się kończy. A spójrzmy na Słowenię, kraj dwu-, trzymilionowy, a sportowców mają wszędzie. Jest trzech chłopaków, którzy naprawdę mogą zasuwać, jeden ma już podpisany kontrakt w WorldTourze. Ale kiedyś była luka po Zenonie Jaskule i załataliśmy ją dopiero po ponad 20 latach. Nie możemy czekać kolejnych 20 lat.
- Wasze sukcesy nie napędziły polskiego kolarstwa?
- Dla mnie to jest przepaść. Po takich wynikach, jakie mieliśmy od 2014 do 2020 roku – mistrzostwo świata, medal olimpijski na szosie, medal olimpijski w MTB w jednym roku – to, że nikt tego nie wykorzystał, to dla mnie przepaść. Dalej tego nie rozumiem. W kolarstwie jest pustka, bo nie ma drużyn w Polsce. A jak nie ma drużyn, to nie ma ścigania.