- Andrzej Kostyra twierdzi, że Marian Kasprzyk mógł być najwybitniejszym polskim bokserem w historii, gdyby nie pech.
- Kasprzyk zdobył złoty medal w Tokio ze złamaną dłonią, a pechowe incydenty pozbawiły go szans na więcej medali olimpijskich.
- Kostyra wspomina Kasprzyka jako człowieka głębokiej wiary i trudnych losów, któremu pomagali przyjaciele.
- Jakie inne historie pokazują niezwykłą siłę ducha i pecha mistrza?
Świat polskiego sportu pogrążył się w żałobie po śmierci Mariana Kasprzyka, złotego medalisty olimpijskiego z Tokio. Dla wielu był ikoną i wzorem, a dla tych, którzy znali go bliżej – wspaniałym, skromnym człowiekiem o wielkim sercu. W rozmowie z "Super Expressem" swoją niezwykłą więź z mistrzem wspomina Andrzej Kostyra. Dziennikarz nie ma wątpliwości, że gdyby los był dla Kasprzyka łaskawszy, dyskusje o największym polskim pięściarzu w dziejach wyglądałyby zupełnie inaczej.
Mistrz olimpijski ze złamaną dłonią
Andrzej Kostyra, który od dekad jest skarbnicą wiedzy o boksie, stawia Mariana Kasprzyka w absolutnej czołówce. Jego zdaniem, tylko seria niewiarygodnych nieszczęść odebrała mu status legendy na miarę największych w historii.
- Są dyskusje, kto był najwybitniejszym polskim bokserem w dziejach: Pietrzykowski czy Kulej. W moim odczuciu najwybitniejszym mógłby być Marian Kasprzyk, ale został najbardziej pechowym. Mógł znaleźć się w absolutnej elicie, jak Teofilo Stevenson. Mógł zdobyć trzy złote medale, a zdobył jeden złoty i jeden brązowy. Zadecydował pech, który go prześladował - uważa Andrzej Kostyra.
Przeczytaj także: Nie żyje Marian Kasprzyk. Legenda polskiego boksu miała 86 lat. „Zasłabł w domu”
Dowody? Kostyra przytacza trzy historie z igrzysk olimpijskich, które doskonale ilustrują, jak okrutny bywał dla Kasprzyka los. Nawet jego największy triumf w Tokio w 1964 roku naznaczony był heroicznym bólem.
- Jak zdobył złoty medal olimpijski w Tokio, to w pierwszej rundzie finałowej walki z Ričardasem Tamulisem doznał złamania dłoni. Zdobył złoto ze złamaną dłonią, a pomimo tego posłał rywala na deski - wspomina Kostyra.
Cztery lata wcześniej, w Rzymie, Kasprzyk był na prostej drodze do finału, ale zatrzymała go niesportowa postawa rywala.
- W Rzymie wcześniej wygrał z największym faworytem, Władimirem Jengibarianem, mistrzem olimpijskim z Melbourne. Wściekły Ormianin przywalił mu "z byka", przez co lekarze nie dopuścili Mańka do finałowej walki - opowiada dziennikarz.
Trzeci moment, który mógł na zawsze zmienić historię, wydarzył się w Meksyku w 1968 roku. Kasprzyk był w życiowej formie, ale o jego porażce zadecydował absurdalny incydent tuż przed walką.
- Był wspaniale przygotowany. Tuż przed pierwszą walką z Meksykaninem Armando Muñizem robił przysiad, miał opięte spodenki i... pękły. Ludzie na trybunach się śmiali, była wesołość, ale trzeba było na gwałt znaleźć nowe spodenki. Była tylko minuta. Wtedy przytomnością umysłu wykazał się masażysta Stasio Zalewski i dał mu swoje spodenki. Gdyby nie ten cały cyrk, wygrałby, ale przegrał 1:4 - relacjonuje Kostyra. Jego konkluzja jest gorzka: - Odrobina szczęścia i mógł mieć trzy złote medale - kwituje.
W rogu pokoju miał klęcznik. Podarował mi różaniec
Andrzej Kostyra wspomina Mariana Kasprzyka nie tylko jako wybitnego sportowca, ale przede wszystkim jako człowieka o niezwykłej duchowości i dobroci, który mimo trudnej przeszłości i wyroku, który na lata złamał mu karierę, odnalazł spokój w wierze.
- Wspaniały człowiek. Jak go odwiedziliśmy z Polsatem Sport, podarował nam różańce, które sam robił. Mam ten różaniec do dziś - mówi wzruszony Kostyra.
Zobacz też: Tak Marian Kasprzyk mówił o samotności. To dawało mu siły! "Nie ma dnia, żebym się nie pomodlił"
Dziennikarz pamięta wizytę w skromnym mieszkaniu mistrza w Bielsku-Białej. To, co tam zobaczył, zapadło mu w pamięć na zawsze.
- Mieszkał w wieżowcu. Wchodząc, po prawej stronie miał większy pokój, naprzeciwko długą kuchnię, a po lewej stronie mniejszy pokój, sypialnię. W lewym narożniku tej sypialni miał klęcznik, obraz Matki Boskiej i święte relikwie - opisuje Kostyra, malując obraz człowieka głęboko wierzącego.
Jurek Kulej brał czapkę i zbierał dla niego pieniądze
Życie nie oszczędzało Mariana Kasprzyka również po zakończeniu kariery. Zanim wprowadzono emerytury olimpijskie, mistrz zmagał się z ogromnymi problemami finansowymi. W najtrudniejszych chwilach mógł jednak liczyć na wielkie serca swoich przyjaciół z ringu.
- Żona była ciężko chora, on się nią opiekował. Pochował żonę, było biednie. Wtedy nie było emerytur olimpijskich, przymierał biedą - wspomina dziennikarz.
Wtedy z pomocą przychodził inny wielki mistrz, Jerzy Kulej, który organizował zbiórki wśród kolegów.
- Jurek Kulej raz na 3-4 miesiące organizował zrzutkę. Pamiętam, jak jechaliśmy pociągiem z Londynu do Glasgow. Jurek wziął czapkę i każdy z nas wrzucał po 10 czy 100 funtów. Uzbierało się z tego około 3000 złotych i to Jurek woził dla "Maniusia". Wtedy dla niego to były wielkie pieniądze, pozwalało mu to złapać oddech - opowiada Kostyra.
Na koniec legendarny komentator przytacza jeszcze jeden fakt, który doskonale podsumowuje paradoksalną karierę mistrza:
- Był jedynym polskim mistrzem olimpijskim, który nigdy nie został mistrzem Polski - zauważa Andrzej Kostyra.