- Polska reprezentacja olimpijska w 1992 roku wywalczyła historyczne srebro w Barcelonie, osiągając jeden z największych sukcesów polskiego futbolu.
- Dariusz Gęsior, który był członkiem tamtej drużyny, zdradza kulisy drogi do finału.
- Co naprawdę zaważyło o utracie złotego medalu z Hiszpanią? Poznaj kulisy finału i niezwykłą nagrodę, która czekała na piłkarzy!
„Super Express”: - Jak pan wspomina reprezentację olimpijską?
Dariusz Gęsior: - To była mocna drużyna. Pokazaliśmy to już w eliminacjach, w których wygraliśmy wszystkie spotkania. Przed starciem z Anglikami trener Janusz Wójcik powtarzał nam, że od początku mamy pokazać, kto tu rządzi. Wyszliśmy naładowani, a Darek Adamczuk w jednej z pierwszych akcji tak przywalił rywalowi, że odebrał mu ochotę do gry. Pokazał, że gospodarze mogą zapomnieć o łatwiej przeprawie.
- Dania w barażach sprowadziła was na ziemię?
- Dała nam dobrą lekcję, bo przegraliśmy 0:5. Nikt wcześniej nas tak nie stłamsił. W pierwszej połowie graliśmy pod wiatr. Z piątego metra nie szło wybić piłki do „16”. Nie dość, że przegraliśmy, to jeszcze Olek Kłak wybił sobie bark. Siedzieliśmy w szatni zastanawiając, jak w ogóle do tego doszło, co zrobiliśmy źle. Na szczęście ta wpadka nie przekreśliła naszego wyjazdu na igrzyska.
Robert Lewandowski wypromuje MLS? Michael Essien o Polaku, Leo Messim i mundialu [ROZMOWA SE]
- Z jakimi więc nadziejami jechaliście do Hiszpanii?
- Wierzyliśmy, że potrafimy grać, że stać nas na wiele. Przecież byliśmy wiodącymi zawodnikami swoich drużyn. To nie było tak, że byliśmy młodzi, że graliśmy ogony w klubach. Dawaliśmy radę mierząc się w sparingach z HSV czy Schalke. Przekonałem się wtedy, że trzeba grać z silnymi rywalami, bo po starciu ze słabszym przeciwnikiem obraz zespołu nie będzie pełny.
- Kiedy uwierzyliście, że w Barcelonie możecie namieszać?
- Najważniejsze było dobrze zacząć i to się udało, bo pokonaliśmy Kuwejt 2:0. Jednak kluczowe było zwycięstwo 3:0 z Włochami w grupie. To był mistrz Europy i jeden z faworytów turnieju. Coś tam próbowali, ale w sumie nie mieli sytuacji. Myślę, że ta wygrana pozwoliła nam jeszcze bardziej „urosnąć”. Była takim impulsem, który dodał nam wiary we własne umiejętności. Czuliśmy, że możemy coś zdziałać. Wtedy analiza rywala polegała na obejrzeniu meczu Włochów ze Stanami Zjednoczonymi. Jak widać to nam wystarczyło. Pierwsze bramki straciliśmy remisując 2:2 z Amerykanami.
Marek Papszun o postawie debiutantów w Legii. Tak ocenił Miletę Rajovicia
- W ćwierćfinale poradziliście sobie z Katarem 2:0, a w półfinale z Australią 6:1. To był wasz najlepszy mecz?
- Półfinał to była niewiadoma, bo Australijczycy pokonali w grupie Danię i Szwecję w 1/4 finału. Ale nie daliśmy im szans. Wyszło efektownie. Andrzej Juskowiak hat-trickiem zapewnił sobie koronę króla strzelców. Wojtek Kowalczyk skończył z dubletem. Nie strzelał w fazie grupowej i tłumaczył to tym, że czeka, gdy będziemy grali na Camp Nou. I wszystkie cztery gole na igrzyskach strzelił na tym stadionie.
- Jakie emocje towarzyszyły wam przed finałem z Hiszpanią?
- Hiszpanie mieli klasowych piłkarzy, jak Pep Guardiola czy Luis Enrique. Wiedzieliśmy, że będą stwarzać sobie sytuacje. Nie trzeba było nas motywować. Otoczka meczu była niesamowita. Był taki gwar i „kocioł”, że nie słyszeliśmy tego, co mówiliśmy do siebie. Prowadziliśmy do przerwy po bramce „Kowala”, potem Hiszpanie strzelili nam dwa gole w pięć minut. I choć przegrywaliśmy, to jednak dalej robiliśmy swoje. Nie zmieniliśmy swojego podejścia i to się opłaciło, bo wyrównaliśmy po kapitalnym podaniu Jurka Brzęczka do Ryśka Stańka.
50 rocznica mistrzostwa olimpijskiego siatkarzy. Edward Skorek o złotym medalu Polaków
- Co zaważyło o sukcesie Hiszpanów?
- W końcówce zaczęło się od niepotrzebnego wybicia piłki na rzut rożny, po którym padł zwycięski gol na 3:2. W tej akcji było trochę błędów, co wykorzystał Kiko. Szkoda.
- Jak duże było w was rozczarowanie, że nie zostaliście mistrzami?
- Po latach odbieramy to jako sukces polskiego futbolu. Jednak wtedy był w nas żal. Przeżywaliśmy to, bo ten złoty medal był bardzo blisko. Byliśmy załamani. Zastanawialiśmy się, co było gorsze: lanie od Danii w drodze na igrzyska czy przegrany finał z Hiszpanią? W końcu uciekła nam szansa na mistrzostwo olimpijskie. Z finału został mi srebrny medal i koszulka Alberta Ferrera. Mam też swoją koszulkę z tego turnieju.
- Gdy straciliście trzeciego gola to Jerzy Brzęczek w rozpaczy padł na kolana. Wymowny obraz?
- Jego reakcja mówiła wszystko. Jurek był naszym kapitanem i liderem. Zawsze miał coś do powiedzenia na boisku, jak i poza nim. Był wygadany, więc jak trzeba było wysłać kogoś do mediów, to cieszyliśmy się, że on pójdzie. Jemu to nie sprawiało problemów, a inni jakoś nie rwali się do tego.
Rodrigo Conceicao ma jasny cel w Jagiellonii. Ten Smok postraszy na Podlasiu?
- Po igrzyskach każdy z was dostał Poloneza Caro w złotym kolorze.
- Przed startem eliminacji prezes FSO rzucił hasło, że jeśli zdobędziemy medal, to w nagrodę dostaniemy samochody. Wiadomo jak to jest z takimi deklaracjami. Różne rzeczy obiecywano i na słowach się kończyło. Potraktowaliśmy to w kategorii ciekawostki. To była dla nas melodia przyszłości. Tutaj było inaczej, bo powrocie czekały na nas obiecane Polonezy.
- Jak się sprawował samochód?
- Dobrze. Pojeździłem nim trochę, a potem sprzedałem znajomemu, który też miał z niego frajdę. Nawet autografy zaczął rozdawać (śmiech). Po latach pomyślałem, że go odkupię i wstawię sobie do ogródka jako pamiątkę. Ale auta już nie było.
- Co wyróżniało tamten zespół?
- To była ekipa ludzi z charakterem, którzy nie pękali. Teraz wszyscy poszukują liderów, a w naszej drużynie ich nie brakowało. W trudnym momencie każdy brał na siebie ciężar gry, nie bał się odpowiedzialności, robił wszystko, aby przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę. Choć każdy miał swoje zdanie, to jednak nie było między nami kłótni. Nie przypominam sobie, żeby były jakieś zgrzyty.
- Jak zapamiętał pan trenera Wójcika?
- Był wyrazisty, dbał o atmosferę. Miał różne pomysły. Na zgrupowaniu przed igrzyskami założył się z masażystą, który z nich szybciej przebiegnie 50 metrów. Masażysta dobrze zaczął, ale wywrócił się, wybił sobie bark i przez uraz nie pojechał do Barcelony.
- Jakich piłkarzy cenił trener?
- U niego trzeba było mieć mocny charakter i być zadziornym. Jak byłeś dupowaty i miękki, to było po tobie. Trener od razu to wyczuwał. Jak ktoś mu się przeciwstawił, to zyskiwał w jego oczach. Wiedział, że taki zawodnik, jak wyjdzie na mecz, to nie pęknie na robocie. Na tym mu zależało. Ale przede wszystkim w tym zespole była jakość. Trzeba mu oddać to, że dobrze dobrał zespół.
Michal Sevcik będzie objawieniem Legii Warszawa? Padły słowa o kreatywności i determinacji
- Mówiło się, że jego ulubieńcem był Wojciech Kowalczyk. Jak trener pana traktował?
- Byłem w tej kadrze od początku nie dlatego, że trener mnie lubił, lecz miałem swoją jakość. Jednak był moment, że nie byłem pewny, czy w niej będę. Wszystko przez problemy z kolanami. Bałem się, że coś mi się stanie, że kontuzja wyeliminuje mnie z udziału w igrzyskach. Na szczęście udało się tego uniknąć.
- Przed turniejem Juskowiak został sprzedany do Sportingu Lizbona, a po igrzyskach Marek Koźmiński wyjechał do Włoch. Pan także miał oferty?
- Propozycje pojawiały się w różnych okresach. Jednak zawsze dyktowano za mnie astronomiczne kwoty. Było m.in. zainteresowanie z Norymbergi, z Sochaux czy z Legii. To były inne czasy. W debiucie w pierwszej kadrze strzeliłem gola z Urugwajem. Dziś po takim występie pewnie łatwiej byłoby mi znaleźć zagraniczny klub. Wtedy nie można było odchodzić nigdzie, nawet nie mając kontraktu. Prawo Bosmana weszło w życie, gdy miałem 32 lata.
Wrócili do Ekstraklasy, bo znów chcą błyszczeć. Podbiją ligę?
